2009-06-24
Harley Davidson - maszyna do zadań specjalnych
Muszę się przyznać, że ostatnio dzielę czas prawie wyłącznie pomiędzy pracę w EUROSPORCIE i remont w domu. Opuściłem się dlatego w pisaniu, ale myślę że nikt specjalnie tego nawet nie zauważył :)
Poza tym jak widzę niezawodny Adam W. jak zwykle znakomicie umila Wam czas spędzony na naszym blogu.
Dzisiaj jednak chciałbym napisać słów kilka na temat miło spędzonego dnia u dilera motocykli Harley Davidson, nawet nie tyle w firmie Liberator , co na motocyklach które owa firma pozwoliła mi przetestować.
Jak dotąd nie miałem okazji popróbować tych sprzętów. Nie wynikało to z braku możliwości, ale raczej z przekonania, ze raczej nic miłego przy takiej okazji mnie nie spotka i że niech sobie Harley pozostanie legendą, a ja tymczasem pojeżdżę prawdziwymi motocyklami.
Zacząłem od - jak mi się wydawało - maszyny o sportowym zacięciu, czyli od XR 1200. Po przejażdżce wiedziałem natychmiast, że nigdy nie kupiłbym sobie takiego motocykla.
Krótko mówiąc lipa, maszynka niby do wszystkiego a w sumie do niczego. Z tym zacięciem sportowym to także ściema. Nie moja bajka, dziwaczna stylistyka i takaż cena, ale Harley tak już ma, jeśli o kasie mówimy.
Spróbowałem jeszcze jednej sztuki, która ma w nazwie słowo sport, ale było jeszcze gorzej. Był to Sportster 883. Wydał mi się bardziej sympatyczny, ale pod względem zachowania na szosie nie było najlepiej. Kiepskie hamulce, a silnik choć wielki nie bardzo miał ochotę na uliczne harce.
Trzeci sprzęt okazał się dokładnie tym, czego spodziewałem się po firmie Harley Davidson. Mało tego, maszynka okazała się być dla mnie kwintesencją tego co można robić na Harley'u - spokojna, dostojna jazda i kontrolowanie spojrzeń ciekawych sprzętu przydrożnych kibiców. Był to oczywiście SPRINGER. Jest to motocykl z klasą, a po kilku customowych zmianach z pewnością mógłby być ozdobą wielu domowych salonów(o swoim własnym nie wspomnę). Maszynka do lansu i odcinania kuponów z "legendy marki Harley Davidson".
Bardzo spodobała mi się stabilność tej maszyny i łatwość manewrowania przy niskich prędkościach. Trochę się o to obawiałem, ale było super. Wybaczam jej nerwowe zachowanie powyżej prędkości 140/h. Jeśli o mnie chodzi szkoda jeździć z takimi prędkościami, bo nie daje się w ten sposób szansy kibicom na przyjrzenie się temu cacku.
Następnym dzieckiem Harley'a, które przytuliłem był V-ROD. Fajny sprzęt, nie fajna cena (podobnie z resztą jak w przypadku SPRINGERA). Budzi respekt i ma oryginalną "urodę", ale te jego atuty wszyscy już znają.
Swoją drogą ciekawe, że udało się ożenić technologię Porsche z "American Dream" i całkiem nieźle to wyszło.
Dla mnie najbardziej prawdziwy był SPRINGER. Na ELECTRĘ nawet nie próbowałem wsiadać, choć wiem, że to jeden z głównych znaków rozpoznawczych firmy. "Stereo kredens" mnie nie rusza.
Tak czy inaczej cieszę się że zdecydowałem się na pojeżdżawkę Harley'ami. Przyznam, że trochę zmienił się mój stosunek do tych maszynek, na plus oczywiście.
SPRINGER rządzi..........
Pozdrawiam
SS
12:23 Opublikowany w: 2 koła, czyli... muchy w zębach | Permalink | Komentarze (1) | Wyślij info przez e-mail | Tags: harley davidson, szymczak, motocykle, v-rod, blog, eurosport
Komentarze
Ale cuda !!! Aż mi się przykro zrobiło, że ja ak emgłmobi pojezdzc :)
Opublikowany przez: Harley_Lover | 2009-07-03
Wyślij komentarz